wtorek, 30 sierpnia 2016

Brak własnego miejsca.


            Tydzień temu wróciliśmy do Polski. Mieliśmy pełno energii, zapału i nadziei. Byliśmy przepełnieni przekonaniem, że na chwilę zatrzymamy się u dziadków i bardzo szybko  wynajmiemy własny kąt, taki idealny.  Rzeczywistość jest inna. Siedzimy w małym pokoju u dziadków, w salonie leży nasze 12 kartonów na start. Szukamy mieszkania w dwóch dużych miastach, w różnych województwach. Niby prosta sprawa, przecież mamy pieniądze na wynajem z góry na co najmniej rok. Problem leży w tym, że obijamy się od ściany.

W ostatnią sobotę po wcześniejszym umówieniu i potwierdzeniu spotkania, udaliśmy się na spotkanie z agentem nieruchomości. Jechaliśmy ponad sto kilometrów do naszego idealnego mieszkania. Na miejscu człowiek w biurze nieruchomości nazywający się „agentem nieruchomości” zawiódł nas na całej linii.

Przybycie na miejsce.

Umówiliśmy się na daną godzinę, byliśmy wcześniej w celu uzyskania dokładnego adresu. Nie uzyskaliśmy dokładnego numeru lokalu, podczas wcześniejszej rozmowy telefonicznej.


W końcu dostaliśmy dokładną informacje o miejscu lokalu: pierwsze piętro, drzwi na wprost. Ciężko jest posługiwać się numerem lokalu, oznaczenia w budynku były bardzo wyraźne.

Pukamy i okazuje się, że mamy czekać na korytarzu. Ów agent przyjmował innych interesantów. Cierpliwie czekamy, bez emocji.

Wchodzimy. Naszym oczom ukazuje się mężczyzna ubrany jak na plażę. Było gorąco, ale koszula z krótkim rękawem i bawełniane długie spodnie (niekoniecznie czarno, białe) wyglądają bardziej odpowiednio niż strój na plaże. Mężczyzna siada pierwszy bez podania ręki na przywitanie. Pierwszy błąd świadczący o lekceważącej postawie wobec nas.

 Niby-agent otrzymał od nas serię pytań niezbędnych, na połowę udzielił niekonkretnych odpowiedzi. Nie był przygotowany do tego spotkania. Mimo wszystko chcemy, obejrzeć mieszkanie, niestety agent nie ma do niego kluczy. Pada hasło, że może na podstawie zdjęć wynajmiemy mieszkanie. Argument jaki przedstawił mężczyzna: „byłem widziałem te mieszkanie, jest ładne”.

Prowizja. Niby-agent rzucił hasłem prowizja, to znaczy połowa czynszu - 650 zł. Czynsz wynosił 1000 zł, a opłaty 300zł. Kpina.

Wyszliśmy. Miesiliśmy czekać godzinę na telefon z informacją czy agent zdobył klucze do  mieszkania. Po 90 mitach dzwonimy my i uzyskujemy  informację: „jeśli nie zadzwonię za 30 minut, to musimy przełożyć te spotkanie”.
Cisza w eterze do tej pory.

Dalej szukamy mieszkania, ale tylko i wyłącznie od osób prywatnych. Sprawdzamy wszystkie ogłoszenia w sobotę kolejna próba wynajęcia własnego kąta.

Mieszkanie u dziadków nie jest komfortowe, są to ludzie z innymi przekonaniami – choć są bardzo kochani i chcą dobrze. Tłumaczenie się z prostych spraw np. kupienia porządnych spodni za 200 zł bywa męczące. Łatwiej jest nie informować o takich rzeczach. Tak wiem, jesteśmy dorośli,  nie możemy długo pomieszkiwać u nich. Jak znaleźć mieszkanie spotykając takich bałwanów niby-agentów na drodze.  

No nic już niedługo następna sobota. Mam nadzieje, że znajdziemy dużo mieszkań do obejrzenia i znajdziemy to jedyne.

Cicha -  PoCichemu.